Aktualności
Trening w Saint Auban we Francji 08-13/03/2010 19/04/2010, 23:44
Pomysł tego wyjazdu zrodził się w drugiej połowie lutego, kiedy to Karol Tabakiernik poinformował mnie, że zasponsoruje mi jakiś trening, najlepiej w górach w celu wczesnego rozpoczęcia sezonu. Po chwili zastanowienia i rozeznania za możliwymi rozwiązaniami wybór padł na "Zaawansowany Kurs Latania Górskiego" w Saint Auban, na południu Francji, w Prowansji. Niestety nie zdążyliśmy już zarezerwować miejsca w terminie do 6 marca (do tego terminu cena kursu jest o połowę niższa). Jedyne wolne miejsce w marcu, żeby zdążyć jeszcze przed zawodami w Nitrze, było w dziesiątym tygodniu, tj od 8 marca.
Z Wrocławia wyjechałem samochodem około godziny 9:00 w sobotę, 6 marca.Tego dnia dojechałem do parkingu na zjeździe do Genewy z pięknym widokiem na dolinę. Tam spędziłem noc w samochodzie. Do Saint Auban dotarłem w niedzielę około godziny 17:00. Na lotnisku nie było już, oczywiście, nikogo z obsługi, recepcji itp. Od razu udałem się do budynku południowego, gdzie zarezerwowałem pokój. Tam, przy wejściu znalazłem tablicę ogłoszeń z nazwiskami pilotów biorących udział w kursie z przypisanymi numerami pokoi. Klucze wisiały na haczykach, na tej samej tablicy nad kartką. Po zainstalowaniu się w pokoju, zmęczony podróżą położyłem się spać. Następnego dnia o 8 pobudka.
Poniedziałek, 08.03.2010
Po śniadaniu, około godziny 9 poszedłem się zarejestrować. Cała procedura trwała chwilę. Zostałem przydzielony do instruktora o imieniu Nicolas razem z jednym finem oraz dwoma francuzami, którzy utknęli w górach w okolicy Grenoble z powodu śniegu. Miałem szczęście, że jechałem tam wczoraj.
O godzinie 9:45 zaczęła się odprawa dotycząca bezpieczeństwa lotów oraz ruchu nad lotniskiem. Na koniec odprawa meteo, która prognozowała raczej słabe warunki na dzisiaj. Po chwili omawiania wyżów, niżów i frontów padło "not good, but flyable". Jak flyable, to ok!
Od rana niebo było całe pokryte chmurami średnimi. Po sprawdzeniu wczoraj prognozy podejrzewałem, że pogoda w ciągu dnia będzie się nieco poprawiać i tak też się działo. Z godziny na godzinę zachmurzenie robiło się co raz cieńsze, a kiedy spotkaliśmy się pod hangarem o godzinie 13, na ziemi było widać nasze niewyraźne cienie. Fin, drugi kursant Nicolasa chętny był lecieć w pierwszej kolejności, więc nie zastanawiając się przystałem na jego propozycję. Jak się później okazało było warto. Kiedy po około godzinnej walce w jednym kominie wylądowali, słońce mocno nagrzewało już ziemię.
Wystartowaliśmy około godziny 15:30 i udało się nam wykręcić wysokość, która umożliwiała nam dolot do skalistych zboczy i ścian ok 20-25 kilometrów na północny wschód od St Auban, gdzie mogłem pobawić się na skalnej termice i żaglu. Tego dnia hol trwał 9 minut.
Wtorek 09.03
Dzisiejszy dzień zaczął się już według standardowego planu kursu. O 9:15 odprawa z instruktorem omawiająca lot z zeszłego dnia. Nicolas bardzo szczegółowo mówił o tym na co należy zwrócić uwagę, co poprawić. O 9:45 odprawa meteo. Nasuwający się wyż podrzuca w nasz rejon zachmurzenie średnie, dość grube, ale masa powietrza jest na tyle chwiejna, że powinny pod nim wyskakiwać cumulusy, powinna być termika, może lekki żagiel. O 10:15 omówienie planów na dzień dzisiejszy i przydzielenie szybowców. Dzisiaj znowu polecę na dwusterze w drugiej kolejności, aby fin mógł polecieć samodzielnie. Za to wcześniej, w czasie gdy fin poleci z Nicolasem, ja mam lecieć solo. Instruktor zapytał czy latałem kiedyś na szybowcach klapowych, chciał dać mi Ventusa 2cx. Odpowiedziałem, że tak, ale tylko na Jantarze 2B. Zaczął drapać się po głowie, to chyba dobrze nie wróży. Wolał najpierw przelecieć się ze mną na jakiejś dwumiejscowej klapówce. Ostatecznie przydzielił mi Discusa 2c z końcówkami 18m. No dobra, "może być" :) O 11:40 sprzęt już był wyhangarowany i przygotowany do lotu. Przerwa na lunch.
W trakcie startów niebo było przykryte grubą warstwą chmur. W moją głowę wkradł się pesymizm, który kazał mi twierdzić, że pewnie chwilę po wyczepieniu wyląduję. Okazało się, że masa jest na tyle chwiejna, że tworzyły się pod tą grubą kołdrą całkiem niezłe noszenia. Powstawały nawet cumulusy, czasami oddzielone od zachmurzenia średniego, czasami z nim połączone. Ich rozwój doprowadził do sporych opadów śniegu. Nicolas lecąc dwumiejscówką kazał mi przez radio unikać opadów, ale nie było to wcale takie proste. Podstawa chmur sięgała powyżej 2000m, ale lataliśmy do 1800 ze względu na bardzo kiepską widoczność powyżej tej wysokości. Po około godzinie czasu spędzonego na omijaniu opadów śniegu uzgodniliśmy przez radio, że mam latać "ile się da" (w domyśle: i tak pewnie zaraz wyląduję), gdyż nie ma sensu lądować teraz i startować ponownie w szybowcu dwumiejscowym w taką pogodę. A tymczasem... Zachmurzenie zaczęło się robić nieco cieńsze, czasami nawet gdzieniegdzie prześwitywało słońce. Powstawało co raz więcej cumulusów o bardzo dobrych noszeniach i wysokich podstawach. W efekcie udało mi się pozwiedzać nieco wyższe już Alpy na wschód i północny wschód do dość znanej doliny o nazwie Parkour, wzdłuż której często się lata na południowy i północny wschód od lotniska. Znajduje się ona w odległości ok 35km od lotniska.Wylądowałe niewiele przed zachodem słońca. Minusem było tylko to, że strasznie zmarzłem. Ubrałem się ciepło, ale nie sądziłem, że w tym (takim!) szybowcu będzie po prostu wiało w kabinie. Następnym razem ubiorę się jeszcze cieplej.
Hol: 8 minut
Środa, 10.03
Kolejny dzień zaczynający się pełnym zachmurzeniem. Jest szansa, że po południu się nieco rozrzedzi i będzie się dało latać. Liczymy na powstanie konwergencji pomiędzy spływającą masą powietrza z północy a nachodzącą od południa bryzą. Jak się dowiedziałem na porannych odprawach to dzięki tej konwergencji właśnie mogłem wczoraj latać tak długo. Dzisiaj znowu lecę sam na tym samym Discusie, z Nicolasem polecimy przy okazji lepszej pogody, żeby mógł pokazać mi trochę więcej przed samodzielnymi wypadami w dalsze i wyższe góry.
Początkowo udawało się wykorzystywać słabe kominy oraz delikatny żagiel wzdłuż zboczy po wschodniej stronie doliny. Około godziny 15 średnie zachmurzenie się porozrywało i wyparowało zostawiając jedynie gdzieniegdzie przybrudzone niebo. Niestety powietrze było bardziej stabilne niż wczoraj, dlatego nie zaowocowało to zbyt silną termiką ani cumulusami. Za to kilka zboczy (lepsza byłaby tu nazwa: ścian) dobrze się nagrzało i mogłem nieźle potrenować latanie na termice skalnej, przeskoki między zboczami i nieco dłuższe loty po po prostej o trajektorii łączącej linie pracujących zboczy.
Hol: 10 minut
Czwartek, 11.03
Dzisiaj od rana czyste niebo, słońce obudziło mnie zaskoczonego jeszcze przed budzikiem. Omówienie wczorajszych lotów trwało krótko, nie było za bardzo o czym rozmawiać. Nicolas jedynie podpytywał mnie w jaki sposób latałem wzdłuż tych ścian, po czym stwierdził, że właśnie tak należy to robić. Na odprawie meteo Roger zapowiedział bardzo dobre warunki, należy szybko wyhangarować szybowce i wystartować może nawet przed pierwszą. Dzisiaj kolejny raz polecę na Discusie 2, którym nota bene świetnie mi się lata. Jest bardzo przyjemny w pilotażu, bardzo wygodny (wersja c ma naprawdę obszerną kabinę). Nicolas pokazał nam na mapie wszelkie możliwości wykorzystania zboczy do wykonania przelotów do 70km na północ, północny wschód od St Auban. On poleci z Harim na Nimbusie i będą starali się tam dolecieć. Powiedział, że sam też mogę spróbować lecieć w tamte rejony jeśli będzie dobra pogoda. Jeszcze przed godziną dwunastą nad wyższymi górami widać sporo cumulusów. Zaczynam mieć nadzieję na pierwszy "poważny" lot.
Wyczepiłem się nieco za nisko i długo zajęło mi wykręcenie odpowiedniej wysokości do przeskoku nad płaskowyż znajdujący się na południowy wschód od lotniska. Tam warunki były już dużo lepsze i umożliwiły mi doskok do gór na południowy wschód. Doleciałem wzdłuż zboczy na jakieś 35 kilometrów,do szczytu o nazwie Le Chiran . Następnie zaliczyłem "prostą" (w rzeczywistości była to nieźle połamana linia wzdłuż różnych zboczy) do odległości 70km na północny wschód od lotniska (Mt Guillaume). To była granica wyznaczona przez Nicolasa na ten dzień dla mnie. Stamtąd przeskoczyłem na zachód nad doliną z miejscowością Gap do gór na północ od lotniska (Pic de Bure), po czym zawróciłem w stronę lotniska. W rejonie St Auban znalazłem się około 16:30 więc stwierdziłem, że uda mi się polecieć jeszcze raz nieco na północny wschód. Dotarłem na 52 kilometr (Dormillouse) i stamtąd zawróciłem. Przed lądowaniem pobawiłem się na ostatnich oddechach skalnej termiki i wylądowałem przedostatni, dwie minuty po 18, spędzając w powietrzu niecałe 5 godzin! Jak na pierwszy "discovery flight" było bardzo dobrze - powiedział Nicolas po wylądowaniu.
Hol: 8 minut.
Piątek, 12.03
Kolejny dzień rozpoczynający się słonecznie. Dzisiaj nie ma zajęć od rana, z powodu odprawy instruktorów, która odbywa się tutaj w każdy piątek. Na odprawie meteo zapowiedziano, że dzisiejszy dzień powinien być bardzo podobny do wczorajszego, z nieco silniejszymi noszeniami. Tylko cumulusów może być mniej, ponieważ w powietrzu jest mniej wilgoci.
Zgrałem wczorajszy lot z loggera w szybowcu i według OLC przeleciałem 317 kilometrów. Oczywiście nie deklarowałem tego przelotu, ani nie planowałem go co do szczegółu na ziemi. Ale jak na pierwszy spokojny lot od górki do górki, od chmurki do chmurki z napawaniem się widokami i zwiedzaniem zboczy jestem zadowolony.
Lecę dzisiaj z Nicolasem na Nimbusie 4D, żeby pokazał mi rejony dalej na północny wschód niż wczoraj zobaczyłem i żebym miał okazję przelecieć się z nim na szybowcu klapowym. Jutro może polecę na Ventusie.
Początkowo trudno było się nam wygrzebać z rejonu lotniska, podobnie jak mnie samemu wczoraj. Sam hol trwał bardzo krótko ze względu na występującą nieco na południe od lotniska konwergencją pomiędzy nacierającą bryzą z południa a spływającym z jeszcze chłodnych gór powietrzem. Dzięki tej konwergencji uzyskaliśmy wysokość dobrą do przeskoczenia nad pierwsze góry i tam zaczęły się problemy. Lecieliśmy po kolei z pasma na pasmo co raz dalej lotniska i nie mogliśmy znaleźć żadnego porządnego noszenia. W pewnym momencie jakieś 200m dzieliło nas od wysokości, na której należałoby podjąć decyzję o lądowaniu w polu. Na szczęście udało nam się (a raczej Nicolasowi się udało) wreszcie "odbić" i mogliśmy ruszyć dalej. W wyższych górach o bardziej stromych i skalistych zboczach termika pracowała już bardzo dobrze, dzięki czemu zaczęliśmy posuwać się bardzo szybko na północny wschód. W najdalszym punkcie byliśmy w pobliżu granicy Francusko -Włoskiej niedaleko Montgenevre w rejonie Briancon, jakieś 100-110km od lotniska. Często lataliśmy powyżej 3000m n.p.m. a wierzchołki gór były jeszcze wyżej od nas. Zauważyłem, że na wysokościach rzędu 3500m dużo szybciej się męczę krążąc w kominach. Oczywiście i tak dużo szybciej się męczyłem ze względu na charakterystykę szybowca. Jego duża bezwładność, mało miejsca na stopy (miałem górskie buty...) bardzo utrudniały krążenie w bardzo ciasnych dzisiaj kominach. Myślę, że nie prędko polubię klasę otwartą. Jeśli miałbym wybierać to na pewno wybrałbym samochód osobowy, albo nawet busa, a nie autobus:) Z drugiej strony bardzo imponująca była doskonałość tego szybowca i dystanse jakie mogliśmy pokonywać na przeskokach. Jak zawsze - coś za coś.
Hol: 4 minuty
Sobota, 13.03
Dzisiaj jest również dzień bez zajęć. Odbędzie się jedynie odprawa meteo i przydzielenie szybowców o 10:30. Dzisiaj zapowiadają sie podobne, może nieco trudniejsze warunki niż wczoraj. Raczej bez cumulusów. Po odprawie spakowałem się już do samochodu i odwiesiłem kluczyk na miejsce. "Miejsce" - to ten sam haczyk na tablicy ogłoszeń przy wejściu do budynku.
Dzisiaj przydzielono mi Ventusa 2cx. Muszę wykonać dwa loty, najpierw jedno lądowanie przed wypadem w góry nieco dalej. Tak na wszelki wypadek, gdybym miał dzisiaj siadać w polu. Ze względu na pogodę Nicolas powiedział mi, żebym lepiej nie próbował lecieć tak daleko jak byliśmy wczoraj. Mam latać w rejonie podobnym do lotu na Discusie dwa dni temu.
Pierwszy lot trwał kilka minut. Wyczepienie w strefie, wejście na pozycję z wiatrem i lądowanie. Zaliczone :)
W drugim locie dość szybko zacząłem nabierać wysokości. Wprawdzie termika nie pracowała oszałamiająco, ale udało się, lecąc wzdłuż zboczy z przystankami na krążenie w lepszych strefach, zyskiwać wysokość. Po przeskoczeniu dwie doliny dalej na północny wschód (góra o nazwie Blayeul) złapałem bardzo dobre noszenie pod kilkoma chmurami (jednymi z niewielu widocznych tego dnia), które wyrzuciło mnie na wysokość ponad 2300m, co napełniło mnie optymizmem. Dalej doskoczyłem do poznanej już kilka dni wcześniej doliny (Parkour) i dobrnąłem do jej północnego krańca (Dormillouse), a gdy ten niezbyt mocno pracował, niczym nie zniechęcony przeskoczyłem do kolejnego szczytu w paśmie na północ (Pic de Morgon) z optymistycznymi wizjami lotu jeszcze nieco dalej na północ. Niestety ta góra, która za każdym razem, kiedy miałem okazję nad nią latać dawała bardzo dobre noszenia, tym razem pozwalała ledwo utrzymać stałą wysokość. Spędziłem sporo czasu na lataniu wzdłuż zbocza, krążeniu i próbach wzniesienia się ponad szczyt, co zakończyło się stratą wysokości i, po chwili lotu bez wznoszenia, dość ryzykownej decyzji o powrocie nad pasmo na południe, na niskiej wysokości. Dotarłem zbyt nisko. Za nisko, żeby zacząć reperować wysokość i myśleć o ponownym wyskoku na północ. Znalazłem się nad niewiele już nachylonym, zalesionym i zaśnieżonym obszarem zbocza, które tylko raz na jakiś czas wychylało wskazówkę wariometru ponad poziom. Zwiedziłem całą dostępną i sensowną do sprawdzenia długość zbocza i nic, straciłem kolejne metry wysokości. Na 1900m pewien instruktor z DuoDiscusa doradził mi, żebym zaczął udawać się w stronę lotniska na zachód (Gap) i spróbował znaleźć coś na zboczach, które znajdują się nieco niżej. Po drodze udało mi się znaleźć bardzo słabe noszenie nad środkiem doliny. Wyglądało na to, że komin oderwał się nad nasłonecznioną jeszcze, niezaśnieżoną częścią doliny. Pozwolił on, po ponad czterdziestu minutach od powrotu nad zbocze, dolecieć do niego po raz kolejny i podążając na południe dotrzeć do rejonu o silnych noszeniach. Żeby wykorzystać jeszcze ostatnie chwile dnia, poleciałem po zboczach najdalej jak można było na południe (początek Serre de Montdenier) i wróciłem w rejon lotniska. Tam, z zapomnienia wyrwało mnie wywołanie przez radio o godzinie 17:56 z zapytaniem, czy mam zamiar dzisiaj lądować. Zbocza jeszcze pracowały, wzmógł się wiatr i w połączeniu z zachodzącym słońcem dawał bardzo dobre noszenia na zachodnich stokach. Tak bardzo nie chciałem lądować, nie chciałem, aby ten ostatni lot się już kończył...
Wg OLC przeleciałem ok 180km. To niewiele jak na taki szybowiec, ale ze względu na trudniejsze warunki nie narzekałem na nudę i brak wrażeń.
Jeszcze tego samego dnia, około godziny 20 minąłem bramę lotniska w Saint Auban i, udając się na północ, rozpocząłem drogę powrotną do domu.
Hol: 4 oraz 9 minut
Podsumowując, wyjazd uważam za bardzo udany. Po podjęciu decyzji o wyjeździe najbardziej obawiałem się tego czy będzie dobra pogoda. Oczywiście jej kaprysów nigdy nie można przewidzieć, ale patrząc na wczesną porę roku... Na szczęście moje obawy okazały się niepotrzebne. W trakcie 6 dni wylatałem niecałe 25 godzin, co dla mnie jest bardzo satysfakcjonujące, nie wspominając już o zdobytej wiedzy, możliwości poznania i utrwalenia pewnych kwestii dotyczących latania w górach oraz wrażeniach widokowych.
Sama forma kursu jest bardzo przystępna. Na spotkaniach z instruktorem omawia się dokładnie lot z dnia poprzedniego, na odprawach i zajęciach odbywają się prezentacje na tematy związane z lataniem na zboczach, termiką skalną, a także lataniem przelotowym z opisem różnych dobrych możliwości dotarcia do omawianego punktu zwrotnego. Nie brakuje wiedzy podstawowej.
Ilość lotów z instruktorem oraz zadania na loty samodzielne dopasowywane są do doświadczenia i wprawy każdego pilota indywidualnie. W grupie ze mną byli zarówno piloci mający 3000, 200, jak i poniżej 100 godzin ze świeżo odebraną licencją.
Wskazówki dojazdu:
W celu zminimalizowania kosztów dojazdu ułożyłem trasę tak, aby uniknąć płatnych autostrad we Francji. Pomysł ten pojawił się w mojej głowie, gdy podczas układania trasy za pomocą google maps zauważyłem, że droga z zaznaczoną opcją "unikaj tras płatnych" pokrywa się w znacznej części z dwukrotnie przebytą przeze mnie w przeszłości drogą w okolice Genewy. Wtedy też unikałem autostrad. Drogi lokalne we Francji są całkiem dobrej jakości (lepsze niż u nas) a w weekend ruch na nich jest zwykle niewielki. Wzdłuż większości autostrad biegnie droga lokalna. Są one dość dobrze oznakowane, najczęściej prowadzą przez bardzo ładne, malownicze miasteczka i wioski. Również w górach trasy są ciekawsze, bardziej kręte i widowiskowe. Na całym francuskim odcinku spotkałem kilka fotoradarów, ale każdy był oznakowany.
Wprawdzie po niemieckich autostradach i przyzwyczajeniu do pokonywania sporych dystansów w krótkim czasie trudno powstrzymać apetyt i zejść na prędkości średnie rzędu 70km/h, ale w przypadku gdy nie zależy nam za bardzo na czasie, a chcemy zaoszczędzić trochę pieniędzy i zobaczyć troszkę więcej niż asfalt autostrady jest to według mnie bardzo dobre rozwiązanie. W moim przypadku za tym przemawiał jeszcze jeden aspekt, a mianowicie fakt, że samotna jazda autostradą, kiedy tylko co jakiś czas używa się kierownicy, jest bardzo nużąca.
Odradzam używanie nawigacji na tej trasie. Jej algorytmy układają czasami niepotrzebne odjazdy od trasy wyznaczanej przez drogowskasy znajdując jakieś skróty. Poza tym, jeśli w nawigacji zaznaczymy opcję unikania dróg płatnych, wówczas dla Francji skreśla ona w ogóle wszystkie autostrady. A zdarzają się miejsca, w których wykorzysytuje się odcinek autostrady pomiędzy punktami opłat.
Po przejechaniu całej trasy dwukrotnie (tam i z powrotem) jestem zdania, że można ją przejechać używając jedynie drogowskazów i dość dobrej mapy po uprzednim przejrzeniu i zapamiętaniu miast, przez które ona przebiega.
Podstawowa zasada: kierować się na nazwy miejscowości oznaczone zielonymi (lub, sporadycznie białymi, w przypadku mniejszych miejscowości) drogowskazami. Jeżeli jadąc cały czas według drogowskazów zielonych nagle natrafiamy na drogowskaz niebieski, bez napisu "peage" pod nazwą miejscowości, wówczas oznacza to, że następny odcinek trasy przebiega po niepłatnej części autostrady. Na autostradzie należy pilnować się i zjechać z niej ostatnim drogowskazem zielonym, kiedy na drogowskazach niebieskich, kierujących na wprost, napisane jest "peage".
W moim przypadku trasa przebiegała następująco:
Wyjazd z Wrocławia, przekroczenie granicy polsko niemieckiej w Jędrzychowicach. Następnie autostradami: Dresden, Hof, Nurnberg, Heilbronn, Karlsruhe, Freiburg i przekroczenie granicy niemiecko francuskiej w Miluzie. We Francji na początek kawałek autostradą, zjazd przed pierwszym punktem opłat na Belfort i ciągle na tą samą miejscowość, później na Montbeliard. Po chwili ponownie znajdziemy się na autostradzie. Z niej zjeżdżamy zjazdem na Pontarlier. Dojeżdżając do Pontarlier'u skręcamy w prawo na Lausanne, ale po chwili kierujemy się na Champagnole. W Champagnole wjeżdżamy już na trasę do Genewy. Samą Genewę przejechałem kierując się to na Francję, to na Lyon, czasami na Annemase. Najczęściej prosto :). Z Genewy kierujemy się na Annecy, następnie na Chambery, potem na Grenoble. Przed Grenoble wjeżdżamy na autostradę, wyjeżdżając z niego również, po czym zjeżdżamy z niej zgodnie z opisanym już schematem na Gap i Sisteron, na wysokości miejscowości Vif. W Sisteron przedłużamy na Aix-en-Provence i po chwili wjeżdżamy do Chateau-Arnoux, za którym skręcamy w lewo kierowani drogowskazem do CNVV.
Trasę tą w przybliżeniu (google maps również za żadne skarby nie pozwoli przejechać choćby metr autostradą) można obejrzeć pod tym linkiem.
Oczywiście trasę tą można przeprowadzić na jeszcze inne sposoby, możliwe, że lepsze i szybsze. Polecałbym omijać Genewę (na przykład zjeżdżając w miejscowości Gex na Lyon), gdyż można się w niej trochę zdezorientować (szczególnie bez "pilota" na prawym fotelu), poza tym unikniemy dwukrotnego przejazdu przez granice francusko szwajcarskie. Ja zdecydowałem się przejechać przez Genewę dlatego, że byłem tam już kiedyś, poza tym zwyczajnie miałem ochotę zobaczyć to miasto.
Koszty:
Na stronie www.cnvv.net znajduje się cennik, ale nie wszystkie pozycje są w nim uwzględnione. W moim przypadku wydatki wyglądały następująco:
Koszty poniedzione na miejscu:
- opłata roczna, składka członkowska: 42,5 Euro
- walidacja licencji: 62 Euro
- udział w kursie: 573 Euro
- hole: 52min*5,90=306,8 Euro
- nocleg w pokoju jednoosobowym ze śniadaniem: 171,60 Euro
Łącznie:
Wszystkie opłaty na miejscu, najlepiej płacić kartą. W okresie do 6 marca opłata za udział w kursie była niższa o połowę i wynosi 286,5 Euro. W tym roku cena niższa będzie obowiązywała ponownie od 4 października. W przypadku wyjazdu grupą znacznie taniej wychodzi nocleg w baraczku, czy na polu namiotowym. W jednym z budynków znajduje się bardzo dobrze wyposażona kuchnia, nie potrzeba żadnych garnków, talerzy, sztućców itp. Koszt zakupów żywnościowych na cały wyjazd wyniósł mnie w granicach 150-200zł. Transport w dwie strony wyniósł mnie niecałe 1000zł (licząc samo paliwo, spalanie ok 6l/100km, diesel), zatem warto jechać w większej grupie osób.
Łączny koszt całego wyjazdu: ok 5600-5800zł
Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć.
Koszty mojego wyjazdu pokrył w całości Karol Tabakiernik. W imieniu swoim oraz w imieniu Trenera Szybowcowej Kadry Juniorów - Leszka Staryszaka, chciałbym w tym miejscu złożyć Karolowi bardzo serdecznie podziękowania za udzielone wsparcie, bez którego mój trening we Francji nie byłby możliwy.

